Podatki płacę regularnie

Niełatwo napisać coś nowego o człowieku, który w branży fantastycznej znany jest co najmniej w takim stopniu, jak Andrzej Sapkowski. Owszem, można powtarzać, że Ziemiański to Wrocławianin, że pisarz, że fantastyka, że kolekcjoner Zajdli i góry innych nagród fantastycznych. Możemy to robić. Ale nie chcemy.

Nie chcemy, bo o tym wszystkim możecie przeczytać np. na stronach Wikipedii. Nie przeczytacie tam jednak o tym, o czym wiedzą ludzie, którzy znają Andrzeja lepiej. Zaliczamy się do tego grona - dyskutowaliśmy z GINem zarówno na żywo, jak i w Sieci. Znamy się od paru lat. Wiemy, że Andrzej to człowiek niezwykle sympatyczny, obdarzony rewelacyjnym poczuciem humoru. Kocha broń i stringi, warczy, kiedy nazywa się go pisarzem fantasy i - co dla nas niezwykle istotne -pisze. Achaję znają chyba wszyscy, którzy czytają polską fantastykę. Zbiór jego opowiadań także powinien być wam nieobcy.

Postanowiliśmy spotkać się z Andrzejem mailowo. Przycisnęliśmy do muru, przesłuchaliśmy. W efekcie mamy przyjemność zaprosić was do lektury kolejnego wywiadu.

Panie i panowie - Andrzej Ziemiański!

[Rozmawiają: Krzysztof „Matka” Majcher (M) i Robert ‘Bert’ Siata (B)]

M: Zacznijmy od początku. Debiutowałeś ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze jako student architektury, o czym chyba nie wszyscy wiedzą. Czemu akurat architektura? Czy to była jedna z tych decyzji, w których wybiera się mniejsze zło? A może chwilowa fascynacja albo nieprzemyślany krok?

Andrzej Ziemiański: Architektura to sztuka kształtowania przestrzeni. Uporządkowania jej. A jako chorobliwy pedant uwielbiam porządkować wszystko wokół. Na szczęście pedanteria mi przechodzi, a wraz z nią chęć budowania czegokolwiek :-)

Niemniej był to absolutnie świadomy wybór. Znajomych stale zamęczam opowieściami o rozmaitych budowlach, koncepcjach urbanistycznych i takich tam różnych. Często ma to też odbicie na kartach powieści.

M: Po wielu latach przerwy wróciłeś i od razu przywaliłeś z kopyta. Spodziewałeś się aż takiego sukcesu? Ale tak szczerze...

AZ: Absolutnie się nie spodziewałem. Każdy tekst jest pisany wyłącznie dla mnie. Z potrzeby, dla zabawy. A to, że ludzie kupują to taka extra nagroda od losu. Coś jak wygrana w totolotka.

Pisząc w poprzedniej epoce w zeszłym wieku, przez cały czas miałem wrażenie, że nie robię tego dobrze. Że nie potrafię zwrócić na siebie uwagi, a recenzenci albo piszą o mnie źle albo (częściej) w ogóle ignorują. Dziesięć lat przerwy pokazało mi na czym polega różnica. Dawniej pisałem, żeby "wielkim pisarzem być". I nie wyszło. Dzisiaj piszę wyłącznie dla siebie, chcę wyrazić własne stany uczuciowe, poglądy, przerobione literacko wspomnienia. I... z szokiem patrzę, jak te książki znikają z półek. Co prawda recenzenci dalej piszą o mnie źle ale już nie ignorują :-) A dziennikarzy interesuje tylko na której pozycji jestem w rankingu Newsweeka, Empiku, Nowej Fantastyki, Polityki czy Wprost. Nieważne jaka to literatura (za socjalizmu uważana przecież za tę gorszą) - ważne tylko, czy jestem w pierwszej dziesiątce ważniejszych rankingów. Trochę dzięki temu czuję się jak prostytutka. Mam się sprzedawać :-)

A co do samego sukcesu - jak zwykle ma dwie strony. Z jednej jest wysoka sprzedaż i nagrody, radio i telewizja, a z drugiej już prawdziwy amok moich przeciwników, którzy atakują mnie z każdej strony. Tracę nawet starych przyjaciół.

M: Warto tracić przyjaciół? Dla czegokolwiek?

AZ: Skoro ich tracę z powodu zazdrości to znak, że nie byli prawdziwymi przyjaciółmi. Ten prosty test wykazał kto mnie naprawdę lubił, a kto udawał. Z przyjaźnią jest jak z miłością. Można mieć dziewczynę, za którą oglądają się na ulicy ale pewnego dnia obudzić się samemu w pustym łóżku. Ale można też trafić na prawdziwą kobietę, której jest się pewnym, na którą się czeka chcąc, żeby wcześniej wróciła do domu, która wszystko zrozumie i wszystko wybaczy. Taką kobietę poznaje się w momencie kryzysu. Jeśli wesprze i wybaczy wszystkie wyskoki to znak, że jest naprawdę prawdziwa.

M: Po triumfalnym powrocie stałeś się osobą popularną. Czasem człowiek się zastanawiał, czy nie zastanie Ziemiańskiego w lodówce. Tu Sfinks, tam Zajdel, tu opowiadanie, tam książka. Byłeś przy tym jednak osobą otwartą, kontaktową, prawdziwym "fajnym facetem". Pamiętam niejedne mniej lub bardziej poważne dyskusje na tzw. fifkowej liście dyskusyjnej. Jak to możliwe, że popularny pisarz, który na pewno mógłby pisać chociażby nową powieść, dobrze bawił się rozmawiając o 'Dupie Maryni' i stringach z internautami?

Szkic do 'Achai'

Szkic do "Achai"

AZ: Tyłek panny Maryni i jej stringi są o wiele bardziej poważnym tematem niż jakieś tam powieści. O Maryni mówią wszyscy w Polsce, a o jej pupie szczególnie politycy. Natomiast internauci to zupełnie inny sposób zabawy. Po pierwsze można się dowiedzieć mnóstwa rzeczy od fachowców różnych dziedzin, a po drugie zawrzeć setki przyjaźni. Uwielbiam na konwentach rozpoznawać “ludzi z sieci”, konfrontować moje wyobrażenia z rzeczywistością. Sprowadzam to trochę do banału, ale... Naprawdę fajnie jest mieć przyjaciół. Choćby i wirtualnych. Co ma czasem także wymiar praktyczny. Nie mówię o wspólnym piwku na konwentach. Ale jak ostatnio pewien pisarz zaginął z powodu nieumiarkowania... tfu! chciałem powiedzieć: zasłabnięcia, to szukała go cała Polska. Pomagali ludzie z Krakowa, Bydgoszczy, Warszawy, Wybrzeża, ze wszystkich regionów. A poszukiwanie miało miejsce we Wrocławiu. Udało się uruchomić policję, służby medyczne, lotne brygady. Dzięki kumplom z sieci.

M: Niestety, po pewnym okresie dobre czasy się skończyły i w tej chwili ciężko uświadczyć Twojej obecności "w Sieci", co smuci wielu uczestników pamiętnych dyskusji... Co się zmieniło od czasów brylującego na listach dyskusyjnych GINa?

AZ: Głównie brak czasu. Z tym, że nigdy nie brylowałem. Dyskusja sieciowa ma tę wyższość nad "normalną", że ma się czas na to, żeby przemyśleć odpowiedź. Nie ma strachu, że zapomni się jakiegoś argumentu, nie będzie jak sięgnąć do źródła, albo nie będzie pod ręką googla, żeby zobaczyć co na ten temat mówią innni. Z kolei dyskusja "kawiarniana" ma tę wyższość, że widzi się osobę, z którą się rozmawia. W przypadku więc dysput intelektualnych wolę sieć, w przypadku kobiet zdecydowanie kawiarnię, albo inne przytulne miejsca. :-)

M: Pora na pytanie z cyklu kolorowe pisemka. Odniosłeś kolosalny sukces, pokazałeś, że można sprzedawać duże nakłady, że ludziom jednak chce się czytać. Jak czuję się teraz Autor z większym kontem, z dłuższą listą opublikowanych powieści? Innymi słowy, co słychać u Andrzeja Ziemiańskiego?

AZ: To co zawsze. Ciągle jestem leniwy, nie mogę wytrzymać bez muzyki wokół, ciągle uwielbiam się bawić, kocham strzelanie z różnych pistoletów. Ale najważniejsze jest, żeby po powrocie z knajpy czy ze strzelnicy czekała na mnie jakaś para oczu głębokich jak ocean. Te oczy, takie lub inne, ale zawsze głębokie, są najważniejsze. :-)

A jeśli chodzi o literaturę to do własnej nigdy się nie ma dystansu. Tak jak mówiłem, wysoka sprzedaż to tylko przypadek. Tak jakby Los albo Bóg (zależy, w co kto wierzy) zstąpił i powiedział nagle "na... masz! za wszystkie literackie bóle wrzucę ci coś do miski". To po prostu wygrana na ruletce. Nic innego.

B: No dobra, przyznaj się. Co robisz ze stertą nagród, pod którymi pewno uginają Ci się półki?

No comments. Są sobie i gdzieś leżą.

M: To jeszcze a propos “oczu” – pełno w Twoich tekstach kobiet, a nawet Kobiet. Rozumiejąc fascynację tematem, przewrotnie zapytam - rozumiecie choć trochę te istoty, Ziemiański? ;)

AZ: Nie "te istoty", ale Tych Ludzi :-) A odpowiedź na pytanie: "czy rozumiem kobiety?" brzmi: "CHCIAŁBYM". Zawsze w towarzystwie mówię: "nienawidzę kobiet". A one niezmiennie odpowiadają: "wydaje mi się, że wprost przeciwnie!". Zresztą podeprę się cytatem piosenki zespołu T.Love:

Kobiety mówią o mnie źle
podobno niedobrze traktuję je
lecz prawda leży gdzieś pośrodku" :-)

A może inny cytat mojego ulubionego zepołu:

Policja goni mnie, dziewczyny gonią mnie
Policja goni mnie, dziewczyny gonią mnie
Olej to! Olej olej olej!" :-)

Bardzo lubię T.Love, czują to, o co w życiu chodzi :-)

M: Pamiętam, kiedy po otrzymaniu nagrody im. Janusza Zajdla wpadliśmy do krakowskiego akademika z Tobą na ramionach, śpiewając pieśni pochwalne, Ty zaś wymachiwałeś statuetką i starałeś się nie rozwalić głowy o sufit. Był to oczywiście chytry plan, by przez odwrócenie uwagi przeciwnika wprowadzić do akademika kilka osób na lewo, w tym niżej podpisanego. Czy Andrzej Ziemiański wciąż ma chęć do takich zabaw? Porywy ułańskiej fantazji, czy też sukces uśpił niespokojnego ducha hulaki?

AZ: To był genialny pomysł Lewandowskiego jak wprowadzić waletów do kontrolowanego akademika. Oczywiście żart, ale skuteczny. Zawsze się śmieję, że Przewodas i Cleritus [Konrad T. Lewandowski, Wojciech Świdziniewski - dop. red.] wnieśli mnie na Olimp. Bo przecież tak właśnie brzmiała nazwa akademika. :-)

Hulaki nic we mnie nie uśpi. Uwielbiam kręgle, jachty, kawiarnie, restauracje i prywatne imprezy. Zabawa, lenistwo i marzenia to przecież treść życia. Trzeba spróbować wszystkiego. I naprawdę bardzo wielu rzeczy spróbowałem. Najbardziej spodobały mi się właśnie te trzy.

Okładka pierwszego tomu 'Achai'

Okładka pierwszego tomu "Achai"

M: Swego czasu byłeś bardzo aktywnym członkiem redakcji sieciowego periodyku Fahrenheit. Co sprawiło, że zaangażowałeś się w sieciowy fanzin, zamiast szukać swojego miejsca na przykład w Nowej Fantastyce? Jak wspominasz pracę w F?

AZ: Wymyśliłem Fahrenheita w pamiętnym roku 1997. Pamiętnym dlatego, że po ukazaniu się w sieci pierwszego numeru Wrocław zalała monstrualna powódź. Ktoś w niebie chyba chciał nam pogrozić palcem. Zaczęliśmy go robić we dwóch z Gienkiem Dębskim. Potem dołączył Adam Nakonieczny - artysta z Warszawy i zrobiło się bardzo profesjonalnie. Periodyk przynosił nawet niewielkie zyski (i to wcale nie z reklam). Potem doszło do fuzji z Fantazinem, następnie znowu pojawił się sam Fahrenheit już jako miesięcznik.

A potem mnie z niego wyrzucili. W związku z tym nie wiem jak się dzisiaj trzyma.

A jak wspominam pracę? Hm... Miałem wrażenie, że tworzymy coś nowego. Coś czego jeszcze do tej pory nie było. To była dla nas epoka pionierów, którzy zdobywali Dziki Zachód zwany dla niepoznaki Internetem (to jakiś kryptonim Wild Westu). I tak jak na westernie - było tam wszystko: strzały, pułapki, obrona okrężna, kanonada ale i czasem kawaleria docierała na czas. :-) Zawsze pociągali mnie wynalazcy. Ci, którzy jako pierwsi zrobili coś co funkcjonuje do dziś. Często powtarzam, że wokół Wrocławia w tej chwili porusza się kilkadziesiąt lokomotyw. Nazwiska maszynistów są znane jedynie w dziale kadr na kolei. Natomiast każdy wie kto to jest Watt - taki facet, który stworzył lokomotywę. Bo zrobił pierwszą, porządną maszynę parową.

Wygląda na to jakbym się chwalił. Ale tak nie jest. Fahrenheit to kawał mojego życia. Bardzo przyjemny.

Okładka zapowiadanego zbioru 'Toy'

Okładka zapowiadanego zbioru "Toy"

M: Swego czasu Twoje felietony ukazywały się też w “Science Fiction”, teraz nie można ich już tam znaleźć. Masz plany na wznowienie działalności felietonisty? Bardzo dobrze się je czytało.

AZ: Ostatnio Maciek Parowski złożył mi propozycję (felietonowania, oczywiście, a nie żadną inną - to uwaga dla świntuchów). Najgorszy jest brak czasu. Ale spróbuję.

M: Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na kolejne części Achai? Przyznam szczerze, że to okrutne, że Czytelnicy musieli tak długo męczyć się, czytając o kolejnym przekładaniu terminu wydania. Tym bardziej, że - jak wieść gminna niesie – powieść była skończona już po wydaniu pierwszego tomu.

AZ: Była prawie gotowa PRZED wydaniem pierwszego tomu. Później to już tylko zmiany kosmetyczne, dopisywanie jakichś drobiazgów i fragmentów.

Co do terminów kolejnych wydań - trzeba to pytanie przekierować do wydawcy.

M: Miałem wrażenie, że ostatni tom Achai trochę wymknął Ci się spod kontroli. Miejsce arcyciekawych postaci zajęły królestwa. Małe historyjki zostały przysłonięte przez opowieści niemalże historyczne. Takie było zamierzenie, czy po prostu wyszło w praniu? Jakoś nie pasował mi trzeci tom do Twoich poprzednich dokonań...

AZ: Achaja nie jest trylogią. To jedna, zwarta powieść, bez żadnych podziałów. Wydawca nie chciał wydać jednej książki o ilości stron ponad 2000. Byłoby to fizycznie niemożliwe w paperbacku, a w innej technice kosztowałoby grubo ponad 100 złotych. Nikt by tego nie kupił.

Natomiast co do zakończenia powieści - to historia ludzi, którzy kompletnym przypadkiem zaczęli zmieniać całą swoją cywilizacje. Nagle świat bez średniowiecza, czyli antyk, zaczyna się zmieniać przechodząc w czasy "Napoleona" mniej więcej. Tak zwany trzeci tom to właśnie opowieść o tym jak zmienia się świat. Jak zamiast naparzających się rycerzy "tak dla picu" lub w walce o okup za wysokourodzonego jeńca, pojawia się wojna totalitarna - teraz już chodzi o fizyczne zniszczenie przeciwnika. Armie nie walczą już o szlaki handlowe - chcą dostać cały tort, cały kraj, całą cywilizację. Pierwociny Hitlera, Napoleona, Stalina właśnie się rodzą. Przypadkiem lub też zmuszone rozwojem wypadków przemieniają się w potwory. Historia się rodzi sama. Oni nie mogą działać wedle tego co chcą. Świat się zmienia. Oni niestety wraz z nim - schodzą na dalszy plan.

M: Co się stało z wątkiem Ziemców, mam wrażenie że zupełnie o nim zapomniałeś?

AZ: No przecież... [UWAGA! SPOILER! UWAGA! SPOILER! UWAGA! SPOILER! - dop. red.] ...w ostatniej scenie bracia Wright odbywają właśnie swój pierwszy lot w Kittyhawk. Co z Ziemcami? Przylecą, przylecą... O to byłbym spokojny. Dajmy im tylko trochę czasu.

M: W Twoich tekstach nie raz zdarzyło mi się znaleźć genialne wręcz, chwytające za serce fragmenty, które pamiętałem długo po zakończeniu lektury. Przykładem niech będzie historia kowala, który rozkuwa Achaję po ucieczce. Skąd bierzesz pomysły na tak kapitalne sceny?

AZ: Na spotkaniach autorskich z reguły uprzedzam prowadzącego, żeby unikał pytań "skąd autor czerpie pomysły". To pytanie z gatunku ground zero. Nie da się odpowiedzieć. Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia.

Na spotkaniach autorskich drugim trudnym momentem jest jak ludzie chcą autografy. I zawsze znajdzie się człowiek, który powie: "proszę tylko napisać coś oryginalnego". Już się uodporniłem. Piszę "Coś oryginalnego" plus podpis. :-)

M: Swego czasu można było znaleźć w Internecie kilka plansz komiksu na podstawie Autobahn nah Poznań. Podobno miałeś w planach pisanie scenariusza, pomysł wydawał się być zaawansowany, jednak jakoś sprawa ucichła. Możemy spodziewać się, że komiks wyjdzie?

AZ: Na pewno. Ale to znowu pytanie do wydawcy. Nie wiem kiedy.

M: Twoje opowiadania często powodują odczuwanie przez czytających wielu emocji, że wspomnę choćby Zapach szkła i stawanie na rzęsach kilkudziesięciu dziewczyn. Zawsze ciekawiło mnie na ile robisz to świadomie, myśląc “taki zabieg spodoba się Czytelnikom”?

AZ: Nigdy nie piszę pod Czytelnika. Nigdy nawet nie wymyślam postaci. Wszystko to są realnie istniejące osoby, które kiedyś poznałem. Przez trzy lata robiłem program dla telewizji o policji, więc trochę znam panujące tam zwyczaje. Nie wymyślam ludzi bo to niemożliwe. Zresztą autor pogubiłby się w powieści o objętości 2000 stron (i tak, często się gubi) gdyby nie miał przed oczami realnie istniejących osób. Po prostu opisuję znajomych, przyjaciół, osoby, które ledwie poznałem i wyobrażam je sobie wcielając ich charaktery w tworzone postacie. Dlatego zawsze i niezmiennie mnie cieszą zarzuty, że ktoś tam jest nieprawdopodobny psychologicznie. Ponieważ zawsze ten człowiek istnieje realnie to recenzenci powinni przyjść do niego osobiście i powiedzieć mu: "JESTEŚ NIEPRAWDOPODOBNY PSYCHOLOGICZNIE". Nie radzę tego jednak robić w przypadku trzech moich bohaterów: Achai, Shhy i szeregowej Mayfed. Te trzy, istniejące realnie kobiety (choć pod zmienionymi nazwiskami) naprawdę rozsmarują pytającego jeśli cokolwiek będzie im się niepodobać. Podobnie z Maćkiem z opowiadania Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła. Nie radzę go o cokolwiek pytać, co mu nie pasuje, bo to były komandos, zwiadowca, zwarty w sobie i może przylać. :-)

Notabene, Mayfed zna cała Polska. Może nawet cały świat. To taki snajper, której nazwisko naprawdę zaczyna się na Ma... Resztę zmieniłem.

M: Ćwiczysz jeszcze karate?

AZ: Niestety. Nie mam czasu. Ćwiczę strzelanie z broni ostrej, ale też nieczęsto. Biorę udział w zawodach i usiłuję podnieść swoją formę. Nie idzie mi za dobrze. Powinienem trenować co tydzień, ale za Chiny nigdy mi się to nie udaje. Niemniej jeśli piszę o walce wręcz lub o broni palnej Czytelnik może być pewny, że nie wciskam kitu. Wiem o tym, o czym piszę naprawdę dużo. To nie są wiadomości wyniesione z biblioteki, to praktyka.

B: Co czyta Ziemiański prywatnie? Czy w ogóle coś czyta? Czy na to zostaje jeszcze czasu?

AZ: Nic nie czyta. Główna moja czytelnia to wanna i... no, takie pewne miejsce, co jest przy wannie. Głównie czytam tam starocie, które już znam ale chcę sobie przypomnieć. Często pytają mnie na spotkaniach czy czytam SF. Powtarzam niezmiennie odpowiedź Feliksa W. Kresa: "Nic nie czytam, bo jeśli ktoś pisze lepiej niż ja, to po co mam wpadać w kompleksy. A jeśli pisze gorzej... to po co czytać?"

B: Twoi studenci Cię lubią? Czy zdarzyło Ci się, że na uczelni rozdawałeś autografy?

AZ: Studenci mnie lubili (mówię w czasie przeszłym, bo wywalili mnie z uczelni). Generalnie oczywiście, nie mówię o tych, których oblałem. Robili świetne dowcipy. Na przykład na wykładach przesyłali smsy o treści: "Proszę nie całować studentek na parkingu. Widziałem z okna. Dziekan" (widocznie znali mnie doskonale). Albo tuż po tragedii 11 września: "Andrzej, muszę się ukryć, ty przejmujesz oddział Al-Kaidy w Polsce. Trzymaj się. Osama bin Laden".

A ponieważ system śledzący Eszelon rejestruje wszystko według klucza, to dzięki temu na pewno jestem w tym rejestrze. :-)

Teraz przysyłają smsy: "kiedy wrócę na uczelnię?". Niestety odpowiedź brzmi: "nigdy". Zbyt wiele osób zakłułem w oczy. Jak to jest, że do zwykłego pracownika przychodzi na wywiad Wyborcza, radio i TV, a nie do pana dziekana? A poza tym zawsze miałem własne zdanie i nie bałem się go wyrażać. Robiłem swoją robotę, a nie pokazywałem, że robię. Nie udawałem, nie podlizywałem się, nie czołgałem w gabinetach. Myślałem, że ominie mnie "polskie piekło". Nie ominęło.

Szkoda. Bardzo lubiłem kiedy studenci bili mi brawo na wykładach.

Ale po co Polsce wysokowykwalifikowani fachowcy? Zastąpią nas mierni, bierni, ale wierni. :-)

B: Wywalili Cię z Fahrenheita, wywalili Cię z uczelni... O co tutaj chodzi?

AZ: Z Fahrenheitem sprawa była prosta. Tam poszło o dziewczynę. I interesy, myślę (jak to zawsze ze mną bywa - dziewczyny i interesy są przyczyną wspaniałych wspomnień) :-) Z uczelnią jeszcze prostsza. Akademia Rolnicza powinna zmienić nazwę na Akademia Rodzinna. Tam są po prostu zatrudnione całe klany rodzinne. I jak to w mafii bywa - ja nie byłem w żadnej, więc musieli się mnie pozbyć, żeby zrobić wolny etat dla kogoś z pociotków. A formalnie to wywalili mnie za brak dokonań "naukowych". Jak powiedziałem, że przecież napisałem pięć podręczników to odparli, że jest kolega, który w danym roku opublikował 11 artykułów. No niestety w "Przeglądzie mleczarza" - jak rozumiem, znanym polskim piśmie naukowym. Ech, szkoda gadać. Spróbowałby ktoś opublikować książkę naukową w prywatnym wydawnictwie - gdzie liczy się tylko zysk, to musi się sprzedać, a więc wiedza tam musi być prawdziwa i sprzedawalna (to jest zrozumiała i praktyczna).

Pamiętam, że powiedziałem, iż Waldemara Łysiaka też wyrzucili z uczelni. Bo miał, jak ja, własne zdanie na każdy temat. Spytałem czy ktoś zna Waldemara Łysiaka. Potwierdzili ruchami głowy. Spytałem potem, czy ktoś zna nazwisko faceta, który go wyrzucił. Zapadła cisza.

I nich tak zostanie :-)

Okładka zbioru opowiadań 'Zapach szkła'

Okładka zbioru opowiadań "Zapach szkła"

B: Jak oceniasz swoje starsze teksty obecnie?

AZ: Nie czytam! Co chcesz? Żebym kompletnie osiwiał?

B: No nie, nie! Siwy Ziemiański, he he he. Nic to, zaatakuję Cię z innej strony: czy z pisarstwa w Polsce da się wyżyć?

AZ: Wyżyć? A wy co? Z Urzędu Skarbowego? A sio! Podatki płacę regularnie, z ZUSem też się rozliczam. No nie... Urząd Skarbowy zwerbował Berta i Matkę. To upadek fantastyki! :-) Sprzedaliście się, chłopaki! :-)

B: O te starsze teksty pytałem nie bez kozery. Dlaczego zdecydowałeś się na eksperyment z Robertem Szmidtem i nową wersją Przesiadki w Piekle? Powieść przez wielu ludzi, również przeze mnie, uznawana jest za słabą i przeładowaną akcją...

AZ: To nie eksperyment, tylko zwykłe wznowienie. Mam wrażenie, że drugie wydania to normalna praktyka.

B: Nawet wtedy, kiedy tak bardzo różnią się od oryginału? Wierząc tylnej okładce, zmodyfikowałeś całą masę scen, a nawet dodałeś nowe!

AZ: Nie zmodyfikowałem. To zrobili wynajęci fachowcy. I nie wiem co zmienili bo jeszcze książki nie czytałem.

B: No to ładne buty! Na okładce wyraźnie pisze, że książkę „Andrzej Ziemiański napisał niejako od nowa”. Ech, marketing... Wróćmy w takim razie jeszcze do Twojej najgrubszej powieści. Pod adresem Achai padają nieustające zarzuty odnośnie zbytniej wulgarności, zbyt dużej dawki seksu. To nie koniec. Powieść uznawana jest za grafomańską, pisaną pod publiczkę, komercyjną wręcz, bez jakichkolwiek wartości literackich. Ot, szybka akcja, ciekawe pomysły – ale nic poza tym. Zgadzasz się z tymi zarzutami? Co masz na swoją obronę?

AZ: Jakby to powiedzieć. Sam klnę jak szewc, nie przymierzając. A co do seksu - to po prostu uwielbiam ten sport. Opisuję więc swoje życie (choć nigdy nie byłem kobietą, niestety. Czasem mam ochotę poznać ich sposób odczuwania). Oczywiście wszystko jest fantastycznie zmienione. Ale pisząc o Achai, piszę o kobiecie, którą znam. Nie przeżyła oczywiście tych wszystkich przygód , ale jest taka jaką opisałem w "realnym świecie".

A co do grafomanii. Największym grafomanem był Homer i autorzy Biblii. Ja tylko kontynuuję ich linię. :-)

B: W jednym z wywiadów przeczytać można było, że wszystkie postaci z Twojej powieści mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Skoro tak, to czy jest tam gdzieś Ziemiański?

AZ: Jest i to w wielu postaciach.

Ostatnio przyszedł do mnie student, żeby mu podpisać egzemplarze i powiedział, że ze zbioru "Best of Ziemiański" najbardziej podobała mu się "Legenda" - opowiadanie o mnie i Jurku Potyrale (koledze z uczelni - student znał nas obu i rozpoznał od razu).

Jestem w kilku postaciach w Achai (ci, którzy mnie znają mogą się domyślić, w których), jestem w Zapachu szkła. Marek Hofman to naprawdę ja. Abstrahując od fantastycznej opowieści - reszta to moje autentyczne wspomnienia. Jestem również w Waniliowych plantacjach Wrocławia. Pytanie w której roli. Rzeczywistość zawsze przeplata się z fikcją.

B: Skąd się wzięło przezwisko GIN, pod którym jesteś znany nie tylko fanom Fahrenheita?

AZ: Z Fahrenheita. Gienek powiedział kiedyś, że będziemy zamiennie pisać felietony pod tytułem Gin&Tonic. Ja zostałem GINem. Może z powodu ulubionego napoju?

B: Fabryka Słów, Ares 2 – wydawnictwa, z którymi współpracujesz. Obok nich magazyny, w których ukazują się Twoje teksty – SF i NF. Z kim pracuje Ci się najlepiej?

AZ: Ze sobą. :-)

Wszyscy są profesjonalistami. Nie mogę mówić o wydawcach bo tu już wchodzimy na tereny tajemnicy handlowej.

Szkic do 'Achai'

Szkic do "Achai"

B: Obserwując Twoją bibliografię i listę zdobytych nagród można dojść do wniosku, że najlepiej sprawdzasz się w opowiadaniach. Mam rację? Preferujesz krótką formę?

AZ: Zaczynając pisać nie ma się pojęcia czy tekst zamieni się w powieść czy opowiadanie. Tego autor (w moim przypadku) nie przewidzi. Piszę o tym co chcę, A granicę powieść/opowiadanie wyznacza nośność pomysłu i ilość spraw, które chcę przekazać. Niestety należę do ideowców. Gdybym był Palestyńczykiem, to owinąłbym się semtexem, krzyknął "Allach akbar!" i wyciągnął zawleczkę. Na szczęście współczesna Polska oszczędziła mi wojen. Bo poszedłbym do ataku jak ostatni głupi i zginął od razu, na samym wstępie.

Podobnie jest z tekstami. Nigdy niczego nie robię na pół ani na 60 procent. Facet, który uczył nie rysunku odręcznego powiedział kiedyś, że robiąc cokolwiek zawsze trzeba włożyć w to całego siebie. I tak robię nie zawracając sobie głowy czy wyjdzie tekst dłuższy czy krótszy. Ja po prostu opowiadam historię.

B: Jak powstają Twoje dzieła? Skąd pomysły? Jak wygląda Twoja praca nad tekstem?

AZ: Jak ktoś jeszcze spyta skąd pomysły to zacznę płakać :-)

B: He he he. Uwielbiam to pytanie :). To jak, skąd te pomysły?

AZ: Nie mam zielonego pojęcia, skąd.

A praca nad tekstem? Proste. Dużo muzyki, papieros, piwo, krążenie po pokoju i dopadanie klawiatury w odpowiednich momentach. Nie znam żadnej innej współczesnej metody. Dodatkowo googlanie wszystkiego, żeby sprawdzić. Telefony o najróżniejszych porach do specjalistów różnych dziedzin, żeby wytłumaczyli, poradzili, wyjaśnili. Ja naprawdę nie wciskam kitu Czytelnikom. Jak czegoś nie wiem to pytam mądrzejszych. I piszę to co oni mówią zmieniając literacko.

No i opczywiście potrzebna jest jakaś kobieta, która zapewni spokój ducha.

B: Czy Ziemiański jest w stanie pisać intrygujące opowiadania na każdy narzucony temat? Pilipiuk chwali się, że jest największym grafomanem i że napisze wszystko dla pieniędzy. Czy Ziemiański również? Czy istnieje możliwość, że gdybym w tej chwili zaproponował Ci udział w projekcie Ziemniak, którego efektem będzie antologia opowiadań z kartoflem w roli głównej, byłbyś w stanie stworzyć opowiadanie do takiego zbiorku na poczekaniu?

AZ: Nie byłbym w stanie. Nie potrafię pisać na temat. Jedynym wyjątkiem jest opowiadanie Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła. Jacek Dukaj zainspirował mnie po prostu pomysłem na antologię "jak będzie wyglądała Polska za 50 lat". A poza tym skusiło mnie bardzo elitarne towarzystwo. Być w tej samej książce, w której umieszcza teksty Stanisław Lem, Ryszard Kapuściński, czy Olga Tokarczuk to rodzaj nobilitacji.

B: Twoje ulubione opowiadanie to…?

AZ: Moje czy cudze? :-)Cudze to Trzynastu do Centaura J.G. Ballarda. A moje to Lodowa opowieść.

Andrzej Ziemiański z córką

Andrzej Ziemiański z córką

B: Wtajemniczeni wiedzą, że jesteś miłośnikiem wszelakiej broni palnej i niezwykle skutecznym strzelcem. Strzelanie na strzelnicy i do puszek po piwie jest być może zabawne, ale... myślisz, że byłbyś w stanie zabić człowieka?

AZ: Znowu nie mogę odpowiedzieć precyzyjnie na to pytanie. Nie jestem w stanie nawet zabić ryby na święta. Rozczulam się na każdym pieskiem czy kotkiem, który cierpi z jakiegoś powodu. Wynoszę gawronom jedzenie. Nie mógłbym pojechać na polowanie, bo tam się zabija zwierzęta. Nienawidzę wojny. Nie chcę tkwić w grudniu w okropnym okopie - wolę z dziewczyną w ciepłym łóżeczku z drinkiem w zasięgu ręki. Jestem pacyfistycznie nastawionym militarystą. Uwielbiam broń, ale strzelam z pistoletów jedynie do tarczy, czy puszek po piwie. Jestem niezłym strzelcem. Także po szkoleniu praktycznym - więc wiem jakie brednie i bzdury wciskają nam na filmach akcji.

A czy byłbym w stanie strzelić do człowieka, który mnie atakuje? Nie wiem. I błagam los, żeby się to nigdy nie okazało. Strzelam szybko i celnie. I chcę, żeby nigdy się nie okazało, czy potrafię strzelić do człowieka czy nie.

B: Jesteś ateistą. W życie po śmierci nie wierzysz. Bardzo jestem jednak ciekaw, jakiego nieba byś sobie życzył, gdyby jednak po drugiej stronie coś było?

AZ: Jak to jakiego? Krążowniki, strategiczne bombowce, karabiny maszynowe, armaty, a wszystko to obsługiwane przez nagie dziewczyny.

No dobra. Można pominąć te krążowniki i inne cuda. Ale żeby były dziewczyny. Niekoniecznie od razu nagie. Ale potem...

B: Tuż obok Twojego rodzinnego miasta, Wrocławia, wznosi się tajemnicza góra Ślęza. Miejsce maksymalnie tajemnicze. Szmidt sugeruje nawet, że w środku jest schron przeciwatomowy ;). Anomalie pola magnetycznego, wizyty obcych, zjawiska paranormalne – co sądzisz o tym wszystkim?

AZ: Nie wierzę w takie cuda. Coś w tej górze jest, bo na przykład młodzi Niemcy często przyjeżdżają począć dziecko na jej stokach. Legenda jest więc głęboko zakorzeniona. To święta góra dwóch, czy nawet trzech kultur. Coś w niej musi być skoro była czczona przez odrębne kulturowo ludy.

Na pytanie czy tam jest schron - odpowiem: bardzo możliwe.

B: “Pisarz to taki facet, który ma niezwykły zmysł obserwacji. Zawsze, ilekroć jadę przez Wrocław widzę milion historii” – piszesz w Legendzie. Prawda li to w Twoim przypadku? A jeśli tak, to kiedy należy się spodziewać miliona Twoich nowych opowiadań?

AZ: Pisarz to obserwator. To całkowita prawda. Ja przecież pisać nie umiem. Ale potrafię dostrzec rzeczy, których nie widzą koledzy wokół. Czasem czuję się jak Sherlock Holmes. Wydaje mi się, że dostrzegam tajemne rzeczy niewidoczne dla ludzi wokół. Tylko mi się wydaje. Ale z tego rodzą się historie.

A kiedy będzie milion opowiadań? Nigdy. Nie dam rady. Chciałbym na starość zamienić się w dziada z laską, który wedruje po wsiach i prawi bajędy dziecom w zamian za kufel piwa. To jest jakiś sposób na życie, który by mi odpowiadał.

B: W tej samej Legendzie cytujesz tajemniczy list w sprawie Leśmiana. Sugerujesz, że poeta widział i przebywał w innej rzeczywistości. Opierasz się na jakiś faktach czy to tylko fikcja literacka?

AZ: To jest fakt (chodzi o list i wiersze). Polecam poezję Leśmiana (dokładną lekturę), albo naukowe opracowania, na przykład Sandauera. Czy Leśmian był w innej rzeczywistości - nie mam pojęcia. Jak każdy naukowiec zająłem się analizą źródeł. Czy on był poza światem, nie wiem. Ale Muru Marzeń i Nieistniejącej Dziewczyny nie wymyśliłem. On to wszystko napisał.

B: Autobahn nach Poznań nawiązuje do powieści Roberta Szmidta pt. Apokalipsa według Pana Jana. W obydwu pojawia się postać Wskrzesiciela Rzeczpospolitej, czyli Pana Jana, wydarzenia z Autobahnu dzieją się w dalekiej przyszłości, ale po wydarzeniach opisanych w Apokalipsie. Co było najpierw – Twoje opowiadanie czy powieść Szmidta? Na pomysł wpadliście razem?

AZ: Tę postać wymyślił Robert. Ja wykorzystałem pomysł i, w opowiadaniu, dałem kilka ukłonów w stronę pomysłodawcy (bardzo czytelnych zresztą).

Ale błagam nie pytajcie skąd pisarz bierze pomysły, bo po raz trzeci będę musiał odpowiedzieć: "nie wiem!".

B: Jak oceniasz szansę na podobny rozwój wypadków, jaki miał miejsce w powieści Szmidta i u Ciebie? Wojna atomowa, a potem Polska supermocarstwem – czy to w ogóle możliwe?

AZ: Byliśmy supermocarstwem za Jagiellonów. Może nastąpi to raz jeszcze. Ale bardziej wydaje mi się, że zintegrujemy się z Europą, zatchniemy własnym tłuszczem i dobrobytem, a po latach Murzyni i Chińczycy będą powtarzać: "Nasi przodkowie w bitwie pod Grunwaldem..." Nie wiem, co będzie.

B: Czym się zajmujesz obecnie - nie uwzględniając tworzenia nowych, wiekopomnych dzieł? :)

AZ: Bezeceństwami. :-) A poważnie jak architekt jestem wolnego zawodu i nikt mnie do pracy zmusić nie może :-)

M: Dobrze, w takim razie nad czym pracujesz obecnie, uwzględniając wiekopomne dzieła? Zdradź nam swoje literackie plany na najbliższy rok, albo i więcej, jeśli kontrakt pozwala ;)

AZ: Kontrakt pozwala. :-) Nie pozwala tylko mówić o kwotach.

Teraz jestem w połowie powieści o prywatnym detektywie/prostytutce Toy. Potem Wzgórze zwane Cymbo - powieść o strasznych rzeczach, które zaczną się dziać we Wrocławiu już niedługo. Nie przyjeżdżajcie do tego miasta, bo tu Aniołowie, Bóg osobiście i duża ilość diabłów będzie walczyć z pewnym mieszkańcem i jego kobietami (dość niezwykłymi zresztą).

Później chciałbym napisać całą Bombę Heisenberga. Już jako powieść. A potem? Trudno powiedzieć. Może Achaja - tysiąc lat później? :-)

B: Może? To jak będzie? Zamierzasz jeszcze wrócić do świata Achai?

AZ: Jasne. Achaja - tysiąc lat później. Wojsko Polskie, które usiłuje ją wskrzesić, okręty podwodne, samoloty i lotniskowce. Nie mogę się oprzeć przed taką zabawą.

B, M: I tym optymistycznym akcentem... :) Ślicznie dziękujemy za wywiad i życzymy Zajdla co roku i Sfinksa pod choinkę.

10 komentarzy
Egon
Wysłano 20 listopada 2007 o 15:52

Cześc!Mam pytanie czy mógłbym dostac maila do Pana Ziemiańskiego ? jeżeli tal (lub nie ;) ) to prosze o odpowiedź na mojego Maila egon_yamaha@poczta.onet.pl mam sprawę :DPozdrawiam

bert
Wysłano 24 listopada 2007 o 08:59

Niestety, w tej chwili nie mam żadnego kontaktu z Ginem. Pozdrowienia

Conann
Wysłano 30 listopada 2008 o 20:55

Zazdroszczę Wrocławiowi takiego obserwatora jak pan Ziemiański. Chętnie bym przeczytała jakieś jego opowiadanie o Warszawie, ale to raczej niemożliwe.

Ona
Wysłano 07 grudnia 2008 o 21:32

Ah mam nadzieje, iż achaja tysiąc lat później wyjdzie jak najszybciej... Bo za 7 razem zaczyna się wymyślać co będzie dalej.No i cóż pan Pilipiuk umywa się panu Ziemiańskiemu "oko jelenia" moim skromnym zdaniem jest totalnym niewypałem a Toy hmm jak słodycze w kiepski dzień. Wątek o Valkiri i Mobutu najbardziej mi się spodobał.

cukier
Wysłano 22 lipca 2009 o 17:12

Również mam nadzieję,że czwarty tom zostanie wydany jak najszybciej;)Ciekawa jestem jak pan Ziemiański przedstawi nam dalsze perypetie szermierz natchnionej Laleczki;))

wampir
Wysłano 14 grudnia 2009 o 13:42

Czekam, czekam i czekam... na spotkanie Laleczki... z Zabaweczką.Oj, będzie dym :)

makmag
Wysłano 01 stycznia 2010 o 21:44

Luuuudziiieee!No weźcie ,potrząśnijcie NIM ,no :(Ile można czekać, ile można to samo czytać?Ile razy płakać przy końcu powieści ?Że to koniec ?Nie uwierzę i lepiej niech pan Andrzej uwierzy że da rade i napisze :)

an
Wysłano 07 stycznia 2010 o 15:07

Absolutnie cudowny i fantastyczny! Dzięki jego książkom poznaję moje miasto na nowo.A i uświadomiłam sobie, że mam w domu własnego Dietera Schilke, możecie mi zazdrościć ;)

Lanii
Wysłano 11 lutego 2012 o 19:20

Uwielbiam książki Pana Ziemiańskiego!!! Posiadam wszystkie i część już przeczytałam!! Nie mogę się od nich oderwać!! Minusem jest tylko to, ze nie mogę przeczytać książki innego pisarza boooo od razu porównuję do książek Pana Andrzeja komentując: rany one nie są tak dobre i zabawne:D:D To znaczy tylko jedno: jestem uzależniona i nie dam się posłać na odwyk ,,Ziemiański" :D:D:D:D:D

Lanii
Wysłano 11 lutego 2012 o 19:21

Ach zapomniałam jeszcze spytać: kiedy Pan Andrzej zawita do Warszawy? Bardzo bym chciała autograf, zdjęcie i zasypac pana pozytywną krytyką:D:D

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Pola wymagane zaznaczyłem gwiazdką (*).

Klikając [WYŚLIJ] zgadzasz się na opublikowanie wysłanego komentarza. Komentarze są moderowane. Nie zgadzasz się z tym, co czytasz - ok, ale nie bądź niegrzeczny i nikogo nie obrażaj. Jak to mówił klasyk: chamstwa nie zniese.

POPRZEDNI/NASTĘPNY